Największe wyzwanie to łączenie wielu ról

Dorota Marszk to rolniczka z Pomorza, która od lat łączy hodowlę bydła z ekologiczną uprawą zbóż i lokalnym przetwórstwem. Współtwórczyni inicjatywy „Pomorska Manufaktura Smaków” i projektu „Lokalnie i Funkcjonalnie”, stawia na jakość, współpracę i zrównoważony rozwój. Pokazuje, że kobieta w rolnictwie może być liderką zmian, łącząc tradycję z nowoczesnością i działając z myślą o przyszłych pokoleniach.

Opowiedz nam o swoim gospodarstwie.
Prowadzę rodzinne gospodarstwo, które specjalizuje się w hodowli bydła mięsnego rasy limousine oraz w uprawie zbóż ekologicznych. Moje rodzeństwo również prowadzi własne gospodarstwa, ale tworzymy silną sieć współpracy i wzajemnie się wspieramy.

Od początku stawiałam na ekologię i wysoką jakość. Gospodarstwo prowadzę od 2006 roku. Z czasem, dzięki wsparciu ARiMR oraz współpracy z innymi rolnikami, których poznałam w Stowarzyszeniu Bio Pomorze, stworzyliśmy wspólne miejsce sprzedaży. Już od trzech lat jesteśmy obecni na Gdańskim Bazarze Natury.

Jestem także inicjatorką grupy operacyjnej „Pomorska Manufaktura Smaków”, gdzie wspólnie rozwijamy przetwórstwo i lokalną sprzedaż. Największą dumą jest dla mnie projekt „Lokalnie i Funkcjonalnie”, w ramach którego stworzyliśmy bazę do naturalnego izotoniku – to przykład innowacji zakorzenionej w lokalnych surowcach.

Oczywiście nie wszystko od początku przebiegało gładko – początki były pełne prób i błędów, zwłaszcza w kwestiach formalnych i przetwórczych. Ale z każdej porażki wyciągam wnioski i przekuwam je w siłę.

Jak wygląda codzienna praca w gospodarstwie?
Pracuję z rodziną – każde z nas ma swoje gospodarstwo, ale funkcjonujemy jak jeden organizm. Wspieramy się przy karmieniu, żniwach, obsłudze maszyn, a także w sprawach formalnych. Obowiązki dzielimy elastycznie, zgodnie z bieżącymi potrzebami.

Czuję się liderką swojego gospodarstwa – to ja wyznaczam kierunek rozwoju i podejmuję strategiczne decyzje. Najłatwiejsze dla mnie jest planowanie i kontakt z ludźmi, a najtrudniejsze… czasem pogoda 🙂 – bo to coś, czego nie da się przewidzieć ani kontrolować.

Od pokoleń w naszej rodzinie zajmowano się hodowlą, więc w naturalny sposób kontynuujemy tę tradycję. Wybraliśmy rasę limousine, ponieważ łączy doskonałą jakość mięsa z odpornością i spokojnym temperamentem. Te zwierzęta dobrze odnajdują się w systemach ekologicznych – świetnie pasują do idei dobrostanu, która jest dla mnie kluczowa. Hodowla prowadzona w ten sposób zapewnia nam najwyższej jakości mięso, które klienci bardzo cenią. Co równie ważne – obornik powstający w gospodarstwie jest idealnym nawozem pod nasze uprawy: zbożowe, strączkowe i warzywne. Dzięki temu domykamy obieg w gospodarstwie – wszystko działa wspólnie, w zgodzie z naturą.

Planujemy dalszą rozbudowę infrastruktury – przede wszystkim modernizację budynków gospodarskich, by jeszcze bardziej zwiększyć komfort zwierząt i poprawić bezpieczeństwo pracy. Chcemy również zainwestować w sprzęt do przetwórstwa, by móc jeszcze więcej robić samodzielnie, bez pośredników.

Jeśli chodzi o uprawy, to na Kaszubach mamy raczej słabe gleby, ale doskonale je znamy – wiedzę tę przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenie. Wiemy, co się tutaj sprawdza, a co nie. W systemie ekologicznym najlepiej wychodzą nam żyto, jęczmień, gryka, łubin oraz różne gatunki traw. Rośliny te są dobrze przystosowane do lokalnych warunków i idealnie wpisują się w ekologiczne metody uprawy – wspierają strukturę gleby, ograniczają rozwój chwastów i pomagają utrzymać naturalną równowagę.

Dzięki dużej ilości obornika z hodowli bydła, na mniejszą skalę uprawiamy również warzywa i owoce – głównie truskawki. To dla nas dodatkowy kierunek, rozwijany z myślą o lokalnych odbiorcach i bezpośredniej sprzedaży.

W gospodarstwie stawiam na różnorodność produkcji, ponieważ uważam, że w obecnych czasach to bezpieczniejsze i bardziej elastyczne rozwiązanie. Pogoda jest coraz bardziej nieprzewidywalna, a rynek potrafi zaskakiwać – zarówno cenami, jak i popytem. Posiadając kilka kierunków działalności, łatwiej jest przetrwać trudniejszy sezon czy kryzys w jednej z gałęzi produkcji.

Oczywiście, taka różnorodność wymaga dobrej organizacji i większego nakładu pracy, ale zapewnia stabilność i więcej możliwości rozwoju. Uprawiamy zboża, strączkowe, trawy, warzywa, truskawki, prowadzimy hodowlę bydła – wszystko się uzupełnia i tworzy zrównoważony system.

Stosuję płodozmian, uprawy poplonowe, unikam intensywnej orki. Wspieram naturalne procesy – stosuję kompost, nie używam chemicznych środków ochrony roślin. Dbam o bioróżnorodność – zostawiam pasy kwietne, oczka wodne, ograniczam monokultury. Gleba to nasze dobro wspólne – trzeba ją pielęgnować.

Dodatkowo uważam, że warto przynajmniej część produktów przygotowywać do sprzedaży w formie przetworzonej – właśnie w ten sposób można uzyskać znacznie wyższe ceny i zbudować bliższą relację z odbiorcami. Klient kupujący gotowy produkt, który zna i ceni, dużo chętniej wraca. A to buduje trwały fundament pod dalszy rozwój.

Praca z klientem bezpośrednim nauczyła mnie bardzo wiele – przede wszystkim tego, że ludzie wracają po tradycyjne smaki. Po konfitury jak u babci, po wypieki bez ulepszaczy, po dojrzewające w słońcu pomidory, które pachną i smakują jak wspomnienie lata. Wielu klientów mówi, że to smaki ich dzieciństwa.

Jako matka często zastanawiam się, czy dziś dajemy dzieciom takie właśnie smaki – zdrowe, prawdziwe, wartościowe. Chciałabym, żeby to, co tworzymy, było nie tylko smaczne, ale też miało sens – by łączyło pokolenia.

Jakie są największe wyzwania i zalety pracy z żywym inwentarzem?
Największym wyzwaniem jest odpowiedzialność – zwierzęta wymagają opieki codziennie, bez względu na pogodę czy święta. Trzeba reagować szybko, znać ich potrzeby, zauważać najmniejsze zmiany.
Zalety? Bezdyskusyjnie – kontakt ze zwierzętami. Spokój, jaki dają, możliwość obserwowania ich w naturalnym środowisku i świadomość, że mają dobre życie. To daje ogromną satysfakcję. Dobrostan zwierząt to dla mnie coś więcej niż przepisy – to filozofia pracy. Zwierzęta muszą mieć przestrzeń, odpowiednie warunki, naturalną dietę, a przede wszystkim – spokój. U nas mają wybieg, pastwiska, czystą ściółkę, dostęp do wody i karmy bez dodatków chemicznych. Regularnie współpracujemy z weterynarzami i konsultujemy zmiany, by stale poprawiać warunki życia naszych zwierząt.

Czy zajmujecie się również przetwórstwem produktów zwierzęcych?
Na ten moment nie, ale mamy to w planach. To naturalny krok w rozwoju naszego gospodarstwa – chcemy zwiększyć wartość dodaną, mieć większą kontrolę nad jakością końcowego produktu i skrócić drogę od pola do stołu.

Obecnie skupiamy się na bezpośredniej sprzedaży mięsa i produktów roślinnych – działamy wspólnie z innymi rolnikami w ramach „Pomorskiej Manufaktury Smaków” i jesteśmy obecni m.in. na Gdańskim Bazarze Natury. Cenię sobie bezpośredni kontakt z klientami – to daje możliwość rozmowy, poznania ich oczekiwań i budowania trwałych relacji.

Jak wygląda praca z maszynami rolniczymi?
Najważniejsze maszyny w naszym gospodarstwie to ciągniki, prasy, siewniki i sprzęt do zbioru. Stale pracujemy nad unowocześnianiem parku maszynowego, bo nowoczesna technologia to ogromne wsparcie w codziennej pracy – zwiększa wydajność, oszczędza czas i paliwo, a także pozwala precyzyjniej działać w uprawach ekologicznych.

Maszyny często współdzielimy w rodzinie, co pozwala zoptymalizować koszty. Mimo to potrzebujemy nowych – nowoczesnych, precyzyjnych, opartych na tzw. technologii 4.0, które pozwolą nam jeszcze lepiej wykorzystywać potencjał gospodarstwa. Liczymy na dofinansowania z ARiMR, by móc te inwestycje zrealizować i dalej rozwijać nasze działania w duchu rolnictwa przyszłości.

Dlaczego zdecydowałaś się na rozwój własnego przetwórstwa?
Chciałam być bliżej klienta, mieć kontrolę nad produktem końcowym i skrócić łańcuch dostaw. Przetwórstwo daje niezależność, większe możliwości finansowe i pozwala lepiej odpowiedzieć na potrzeby lokalnego rynku.

Skracanie łańcucha dostaw jest bardzo korzystne finansowo – nie tylko oszczędzamy, ale też zyskujemy bezpośredni kontakt z klientem. Dzięki dofinansowaniu z ARiMR stworzyliśmy konsorcjum, w ramach którego stale się rozwijamy i zwiększamy sprzedaż. To finansowanie otworzyło nam drogę, z której na pewno nie zejdziemy, bo – po prostu – współpraca się opłaca.

Działając razem, mamy dużo bardziej atrakcyjny asortyment – różnorodność produktów przyciąga klientów i przekłada się bezpośrednio na większą sprzedaż. Mamy do siebie pełne zaufanie i wymieniamy się jako sprzedawcy, dzięki czemu prowadzenie wspólnego miejsca sprzedaży jest znacznie mniej czasochłonne.

Jakie są największe wyzwania w sprzedaży własnych produktów?
Jeśli chodzi o marketing, komunikację z klientami i promocję – w dużej mierze opieramy się na własnej inicjatywie i zaangażowaniu. Prowadzimy profil gospodarstwa w mediach społecznościowych, dzielimy się zdjęciami z pola, opisujemy, jak powstają nasze produkty. Bezpośredni kontakt z klientami – na targu czy podczas wizyt w gospodarstwie – buduje zaufanie i osobistą więź.
Jednak aby dotrzeć dalej, potrzebujemy profesjonalnego marketingu i promocji – a to są zadania kosztowne. Nie stać nas na zatrudnienie agencji czy prowadzenie dużych kampanii. Staramy się pozyskać wsparcie z programów ARiMR i KOWR – na przykład w ramach „Poland Tastes Good” – ale na razie bez sukcesu.

Taka pomoc bardzo by nam się przydała, bo moglibyśmy pokazać nasze produkty szerszej publiczności i wypromować markę gospodarstwa poza najbliższą okolicą. Na razie działamy własnymi siłami, krok po kroku budując rozpoznawalność wśród lokalnej społeczności. Liczymy, że z czasem uda się zdobyć większe wsparcie na promocję.

Jak radzisz sobie z sezonowością?
Planujemy z wyprzedzeniem – magazynujemy, przetwarzamy, robimy zapasy. Dzięki przetwórstwu możemy oferować produkty przez cały rok, niezależnie od sezonu. W sprzedaży pomaga nam także obecność na rynku lokalnym, bezpośredni kontakt z klientami oraz aktywność w mediach społecznościowych.

Co Twoim zdaniem jest najważniejsze w byciu rolniczką?
Dla mnie najważniejsza jest odpowiedzialność – za zwierzęta, ziemię i ludzi, z którymi współpracuję. Rolnictwo to nie tylko zawód, to styl życia, który wymaga zaangażowania, serca i ciągłej gotowości do działania – niezależnie od pogody czy sytuacji.

To także umiejętność patrzenia daleko – planowania, przewidywania i podejmowania decyzji, które będą miały wpływ na przyszłość gospodarstwa.

W mojej pracy kluczowe są: szacunek do natury, uczciwość, odpowiedzialność i wspólnota. Rolnictwo ekologiczne i troska o dobrostan zwierząt to dla mnie nie puste slogany, ale codzienna praktyka.
Uważam, że kobiety w rolnictwie wyróżniają się ogromną empatią, determinacją i wielozadaniowością – potrafimy łączyć pracę fizyczną z logistyką, sprzedażą, promocją i życiem rodzinnym. Kluczowe są odporność psychiczna, otwartość na naukę i gotowość do wprowadzania zmian. Kobieta w rolnictwie to często liderka, organizatorka i strażniczka jakości.

Co daje Ci największą satysfakcję z prowadzenia gospodarstwa?
Największą satysfakcję daje mi świadomość, że tworzę coś wartościowego – zdrową żywność, którą doceniają klienci. Ogromną radość sprawia mi rozwój gospodarstwa, powiększająca się baza klientów i możliwość coraz szerszego przetwarzania u siebie.

Cieszy mnie też to, że działam w zgodzie z naturą i swoimi wartościami – to daje poczucie sensu.
Radość daje mi kontakt ze zwierzętami, obserwowanie ich w naturalnych warunkach, kiedy są spokojne, zadbane i zdrowe. Motywują mnie też wspólne działania z innymi rolnikami – jak nasza obecność na Gdańskim Bazarze Natury w ramach projektów „Pomorska Manufaktura Smaków” i “Lokalnie i Funkcjonalnie”. Widzę, że wspólnie mamy siłę i możemy naprawdę coś zmienić. Współpraca się opłaca.

Jak łączysz tradycję z nowoczesnością w swoim gospodarstwie?
Tradycja to dla mnie fundament – wartości, szacunek do ziemi, doświadczenie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ale nie boję się nowoczesności – wręcz przeciwnie. Wdrażamy innowacyjne technologie, automatyzujemy niektóre procesy, korzystamy z doradztwa i szkoleń.

W ramach projektów współpracy powstają nowe produkty, np. wspomniany naturalny izotonik. Zdarza się, że starsze pokolenie niechętnie podchodzi do zmian, ale staram się pokazywać korzyści i zachęcać własnym przykładem. Kobiety w moim otoczeniu są bardzo otwarte na innowacje – kreatywne, odważne i pełne pomysłów.

Jak godzisz pracę w gospodarstwie z życiem rodzinnym?
To chyba największe wyzwanie – łączenie wielu ról. Każdy dzień planuję bardzo skrupulatnie, dzielę czas między pracę w gospodarstwie, dom, rodzinę i momenty dla siebie.

Mam ogromne wsparcie od bliskich – bez tego nie byłoby możliwe tak intensywne działanie. U nas podział obowiązków jest sprawiedliwy i partnerski – każdy wie, co do niego należy, i wspólnie dbamy o dom.

A jak dbasz o siebie?
Codzienna praca jest wymagająca, dlatego staram się słuchać swojego organizmu. Regeneracja to dla mnie podstawa – dobry sen, ruch, zdrowe jedzenie i chwile tylko dla siebie.

Na stres najlepiej działa kontakt z naturą – wystarczy wyjść na pole, posłuchać ciszy, zobaczyć spokojne zwierzęta. Czasem potrzebuję się wyciszyć, innym razem – wygadać. Mam krąg zaufanych osób, z którymi mogę dzielić trudniejsze momenty.

Jakie wartości są dla Ciebie najważniejsze?
Najważniejsze to uczciwość, szacunek, troska o środowisko i drugiego człowieka. Inspirują mnie kobiety, które mimo trudnych warunków tworzą swoją przestrzeń, nie boją się zmian i działają lokalnie – ale z globalnym myśleniem.

Ogromnym wsparciem są dla mnie rolniczki, które poznałam przy zakładaniu „Pomorskiej Manufaktury Smaków” – Basia i Gosia, które rozwijają ekologiczne sady. Myślę, że wzajemnie się motywujemy – dzielimy się doświadczeniem, pomysłami, sukcesami i trudnościami.

Hasło, które oddaje naszą relację: „Współpraca napędza motywację.” Chciałabym przekazać innym kobietom: warto być odważną, ufać sobie i nie bać się błędów – one też są częścią drogi. Rolnictwo to nie tylko fizyczna praca, to ogromne pole do rozwoju osobistego.

Jak rozwijasz swoje kompetencje jako rolniczka?
Regularnie uczestniczę w szkoleniach, warsztatach i konferencjach – stacjonarnie i online. Najbardziej interesują mnie tematy związane z ekologią, przetwórstwem i innowacjami. Większość szkoleń organizuje Pomorski Ośrodek Doradztwa Rolniczego.

Uczę się także od innych rolników – rozmowy i wymiana doświadczeń to często największe źródło wiedzy. Dla mnie rozwój to proces ciągły – rolnictwo dynamicznie się zmienia, więc trzeba być na bieżąco.

Jakie są według Ciebie największe bariery w rozwoju kobiet w rolnictwie?
Największą barierą bywa brak wiary w siebie – wiele kobiet ma ogromną wiedzę i intuicję, ale nie czuje się wystarczająco „eksperckimi”. Problemem są też nadmiar obowiązków i brak wsparcia w podziale pracy domowej.

Ważne są również kwestie finansowe – trudny dostęp do środków, niejasne procedury, brak doradztwa. Dlatego warto inwestować w edukację, sieci wsparcia i programy dedykowane kobietom.

Jak oceniasz swoją pozycję jako kobieta w rolnictwie?
Czuję, że jestem traktowana z szacunkiem – zarówno przez klientów, jak i współpracowników. Zdarza się, że ktoś spojrzy z niedowierzaniem: „Pani rolniczka?” – wtedy odpowiadam czynami, nie słowami.
Część gospodarstwa przejęłam po Tacie – jego nazwisko jest dobrze znane w branży. Ma silny charakter, zupełnie jak ja. Ludzie, którzy znali go wcześniej, wiedzą, że jestem jego córką – to budzi zaufanie i chęć współpracy.

Stereotypy są, ale powoli się zmieniają. Kobiety w rolnictwie są coraz bardziej widoczne, aktywne i przedsiębiorcze – i to cieszy.

Jaka Twoim zdaniem jest dziś rola kobiet na wsi?
Zdecydowanie się zmienia – i to w dobrym kierunku. Kobiety są coraz bardziej aktywne zawodowo, przedsiębiorcze i odważne. Przejmujemy odpowiedzialność za gospodarstwa, inicjujemy nowe przedsięwzięcia, wdrażamy innowacje, tworzymy lokalne marki. Widzimy wartość w tym, co robimy, i przestajemy chować się w cieniu. Oczywiście, nadal jest wiele do zrobienia – potrzeba więcej wsparcia systemowego, szkoleń skierowanych do kobiet, łatwiejszego dostępu do finansowania i większego uznania naszej roli – nie tylko w rodzinie, ale i w gospodarce. Trzeba też przełamywać stereotypy – pokazywać, że kobieta w rolnictwie to nie wyjątek, tylko naturalna część tej rzeczywistości.

Czy współpracujesz z innymi kobietami prowadzącymi gospodarstwa?
Tak, współpraca z innymi rolniczkami to dla mnie ogromna wartość. Wspólnie tworzymy inicjatywy, wspieramy się merytorycznie i emocjonalnie. Poznałam wiele wspaniałych kobiet dzięki projektom takim jak „Pomorska Manufaktura Smaków” czy „Lokalnie i Funkcjonalnie” – m.in. Basię i Gosię, które prowadzą ekologiczne sady, oraz moje siostry Renię i Justynę, które także prowadzą gospodarstwa.
Tworzymy nieformalną sieć wsparcia – dzielimy się wiedzą, inspirujemy, wspólnie sprzedajemy. Te relacje dają siłę – realnie wpływają na to, jak działamy w gospodarstwach i społecznościach. To jedna z najpiękniejszych stron kobiecego rolnictwa – wspólnota, która nie rywalizuje, lecz się wzmacnia.

Jakie masz plany na przyszłość?
Zawodowo i prywatnie chcę rozwijać się w zgodzie ze sobą – z ekologią, jakością i współpracą. Planuję rozbudowę gospodarstwa, inwestycje w nowoczesne maszyny, dalszy rozwój przetwórstwa – marzy mi się linia tradycyjnych produktów w nowoczesnej odsłonie.

Chciałabym też mocniej zaistnieć jako liderka wśród kobiet w rolnictwie – dzielić się doświadczeniem, wspierać inne rolniczki. Uważam, że kobiety mają ogromny potencjał i coraz więcej z nas potrafi łączyć tradycję z przedsiębiorczością.

Prywatnie – chcę zachować równowagę. Pragnę, by moja rodzina czuła się zaopiekowana, a dzieci dorastały w zdrowiu, z poczuciem bezpieczeństwa i dostępem do prawdziwej żywności. Marzę, by to, co robimy dziś, zaowocowało lepszą przyszłością – dla nas i dla kolejnych pokoleń.

Czy korzystasz z pomocy finansowej oferowanej przez ARiMR?
Tak, korzystałam i nadal korzystam z różnych form wsparcia. Między innymi dzięki programowi wspierającemu tworzenie krótkich łańcuchów dostaw powstała „Pomorska Manufaktura Smaków”.
Jako grupa „Lokalnie i Funkcjonalnie” otrzymaliśmy również wsparcie na stworzenie bazy do naturalnego izotoniku w ramach programu „Współpraca”.

Dodatkowo udało się uzyskać wsparcie na przetwórstwo w ramach KPO – również za pośrednictwem ARiMR. Bez tej pomocy rozwój gospodarstwa i wspólnych inicjatyw nie byłby możliwy.

Kto w Twoim gospodarstwie zajmuje się składaniem wniosków do ARiMR?
Głównie ja – sama przygotowuję dokumentację, choć czasem korzystam z pomocy doradcy rolniczego. Początki były trudne, ale z czasem nabrałam wprawy.

Procedury są skomplikowane, ale możliwe do opanowania – wymagają dokładności i koncentracji. Najtrudniejsze bywają terminy, które często pokrywają się z najbardziej intensywnymi momentami sezonu – jak żniwa.

Po całym dniu pracy na polu czy w oborze trudno siąść wieczorem do komputera i pisać pisma do urzędów. Dlatego uproszczenie procedur i dostosowanie ich do realiów pracy rolnika jest bardzo potrzebne.

Czy programy ARiMR przyczyniły się do realnych zmian?
Zdecydowanie tak – dzięki nim zmodernizowałam część infrastruktury, wprowadziłam nowe produkty, rozszerzyłam działalność. To nie tylko rozwój zawodowy, ale też zastrzyk pewności siebie i motywacji.
Hasło „Współpraca się opłaca” ma dla mnie bardzo konkretne, również finansowe znaczenie. Działamy w zgodzie ze sobą, robimy to, co lubimy – i przynosi to wymierne korzyści. Wzajemne wsparcie w grupie sprawia, że prowadzenie wspólnego punktu sprzedaży jest mniej czasochłonne i łatwiej pogodzić obowiązki gospodarstwa z innymi aspektami życia.

Dziękujemy za rozmowę!